Jak opowiadać historie oparte na danych?

Anna od kilku miesięcy żyje jedną decyzją. Jej syn kończy przedszkole i za chwilę będzie musiał pójść dalej. W domu coraz częściej wraca temat wyboru szkoły. Myślami wybiega już dalej - do liceum, matury i lepszej przyszłości. Anna chce dobrze. Jak każdy rodzic.

Kilka dni temu trafiłem na post, w którym Piotr Szulc podzielił się analizą danych o wynikach egzaminów ośmioklasistów 2025. Przeczytałem publikację i pomyślałem, że to świetny przykład aby pokazać czym różni się klasyczna analiza od data storytellingu.

Aby to zrozumieć, w pierwszej kolejności przeczytajcie analizę Piotra. Potem wróćcie tutaj i przeczytajcie, jak na jego podstawie, można przygotować wersję storytellingową.

Przeczytane? To teraz wersja data storytelling.

Czy wyniki egzaminów wystarczą, aby wybrać dobrą szkołę?

Anna od kilku miesięcy żyje jedną decyzją. Jej syn kończy przedszkole i za chwilę będzie musiał pójść dalej. W domu coraz częściej wraca temat wyboru szkoły. Myślami wybiega już dalej – do liceum, matury i lepszej przyszłości. Anna chce dobrze. Jak każdy rodzic.

Wieczorami przegląda rankingi szkół, porównuje procenty z egzaminów ósmoklasisty, zapisuje nazwy „najlepszych” placówek. W rozmowach ze znajomymi słyszy to samo: „My celujemy w szkołę z najwyższymi wynikami”, „warto dowozić dziecko, poziom jest zupełnie inny”.

To wszystko brzmi rozsądnie. W końcu wyniki egzaminów mają być obiektywną miarą jakości nauczania. Skoro jedna szkoła ma średnio 75%, a inna 55%, to wybór wydaje się prosty.

Wszyscy chcą dobrze. Dlatego patrzymy na wyniki

Rankingi dają poczucie kontroli w sytuacji, która z natury jest niepewna. Liczby uspokajają. Pozwalają uwierzyć, że decyzja jest racjonalna i oparta na faktach, a nie na przeczuciach czy opiniach innych rodziców.

Kilka ulic dalej mieszka sąsiad Anny. Jego córka chodziła do jednej z najwyżej ocenianych szkół w mieście. Dobra reputacja, ambitni uczniowie, świetne wyniki egzaminów. A mimo to jej własny egzamin ósmoklasisty wypadł znacznie poniżej oczekiwań.

To oczywiście tylko jedna historia. Przypadek. Ale wystarczający, by zadać pytanie, które wielu rodziców woli odsunąć na bok: czy wysokie wyniki szkoły naprawdę gwarantują sukces dziecka?

Miasta górą?

Spójrzmy najpierw na same dane. Wyniki egzaminu ósmoklasisty w Polsce pokazują ogromne różnice między szkołami – szczególnie z matematyki.

Treść artykułu
Danetyka.com – Egzamin ośmioklasisty 2025, Piotr Szulc.

Różnice są widoczne gołym okiem. Nietrudno o pierwsze, intuicyjne wnioski. Poziom nauczania w miastach jest wyższy niż na wsi. Szkoły w dużych ośrodkach radzą sobie lepiej.

Jeśli dołożymy do tego porównanie szkół publicznych i niepublicznych, obraz staje się jeszcze bardziej jednoznaczny.

Treść artykułu
Danetyka.com – Egzamin ośmioklasisty 2025, Piotr Szulc.

Szkoły niepubliczne osiągają wyższe wyniki. Wniosek nasuwa się sam: uczą lepiej.

Ale czy na pewno?

Jedno miasto, zupełnie różne wyniki

Zajrzyjmy więc do kilku największych miast – takich jak Łódź, Poznań czy Wrocław – i zobaczmy, jak wyglądają wyniki egzaminu ósmoklasisty w ich szkołach.

Treść artykułu
Danetyka.com – Egzamin ośmioklasisty 2025, Piotr Szulc.

Nawet w dużym mieście rozstrzał wyników jest bardzo duży. Są szkoły, w których „przeciętny uczeń” zdobywa około 20% punktów, i takie, w których zdobywa 80%.

„Przeciętny uczeń” nie oznacza jednak konkretnego dziecka, ale medianę wyników w danej szkole – 20% oznacza, że połowa uczniów uzyskała wynik niższy niż 20%, a połowa wyższy.

Zatem nawet w dużych miastach wyniki nie zawsze są wysokie. Ale to mogłoby się jeszcze obronić, bo skoro szkoły różnią się wynikami, to znaczy, że różnią się poziomem. Tak właśnie czyta większość rankingów.

Co dzieje się z tymi samymi uczniami kilka lat później?

Spróbujmy jednak spojrzeć na te same dane z innej perspektywy. Co dzieje się z uczniami kilka lat później, gdy kończą szkołę średnią i zdają maturę?

To wciąż ci sami ludzie, ale już w zupełnie innych szkołach. Uczniowie ze słabszych podstawówek mogli trafić do lepszych liceów, a ci z bardzo dobrych szkół podstawowych – do szkół przeciętnych. Jeśli szkoła rzeczywiście „robi różnicę”, wyniki egzaminów z tych dwóch momentów nie powinny być ze sobą silnie powiązane.

Tymczasem dane pokazują coś zupełnie innego.

Treść artykułu
Danetyka.com – Egzamin ośmioklasisty 2025, Piotr Szulc.

Korelacja okazuje się bardzo silna. Miasta, które wypadały dobrze na egzaminie ósmoklasisty, kilka lat później wypadają dobrze także na maturze.

Efekt jest zaskakujący.

W tym miejscu opowieść o „dobrej” i „złej” szkole przestaje być tak oczywista, jak na początku.

Co mają z tym wspólnego rodzice?

Jeszcze więcej światła na tę historię rzuca inne zestawienie. Gdy porówna się wyniki egzaminów z poziomem wykształcenia dorosłych mieszkańców danego miasta lub gminy, pojawia się bardzo podobna zależność. Tam, gdzie więcej osób ma wyższe wykształcenie, tam średnie wyniki egzaminów są wyższe.

Gdy uwzględni się ten czynnik, wiele różnic między dużymi miastami, a mniejszymi miejscowościami, wyraźnie się zmniejsza.

Treść artykułu
Danetyka.com, Egzamin ośmioklasisty 2025, Piotr Szulc.

To nie znaczy, że miejsce przestaje mieć znaczenie. Oznacza jednak, że za wynikami stoi coś więcej niż sama praca szkoły.

Można to sobie wyobrazić bardzo prosto. Dzieci dorastające w środowisku, w którym edukacja jest tematem codziennych rozmów, gdzie naturalne są pytania, ciekawość i wsparcie w nauce, wchodzą do szkoły z innym „bagażem” niż te, które takiego zaplecza nie mają.

To nie szkoła znika z równania. Znika złudzenie

To trochę przypomina historię, którą czytałem kiedyś w jednej z książek. Autor pokazywał w niej, jak łatwo wpaść w pułapkę nadinterpretacji.

Dane wyglądały jednoznacznie. Uczniowie szkół muzycznych osiągali zdecydowanie lepsze wyniki w nauce niż ich rówieśnicy w innych szkołach – z przedmiotów zupełnie niezwiązanych z muzyką, jak matematyka. Na pierwszy rzut oka wszystko wskazywało na prosty wniosek: nauka gry na instrumencie rozwija mózg i poprawia ogólne zdolności poznawcze.

Problem polegał na tym, że porównywane grupy wcale nie były porównywalne. Uczniowie szkół muzycznych nie stanowili reprezentatywnej próby. Trafiały tam dzieci bardziej wytrwałe, zdyscyplinowane i – co kluczowe – silniej wspierane przez rodziców.

Autor podsumował to jednoznacznie: to nie muzyka była „cudownym składnikiem”, ale selekcja uczniów.

Z wynikami egzaminów ośmioklasistów jest bardzo podobnie.

Co z tego wynika dla rodzica?

Jeśli spojrzymy na to w ten sposób, pojawia się pewna myśl: wyniki egzaminów nie powinny być jedynym kryterium wyboru szkoły.

Dziecko nie zaczyna edukacji od zera. Wchodzi do szkoły z kapitałem społecznym swoich rodziców, otoczenia, z nawykami, wsparciem i sposobem uczenia się. To wszystko ma ogromny wpływ na jego osiągnięcia – niezależnie od tego, do jakiej szkoły trafi.

Wysoki wynik szkoły nie jest gwarancją sukcesu, a niższy wynik nie oznacza porażki. Rankingi pokazują tylko fragment rzeczywistości. Łatwo przypisać im zbyt dużą wagę i uwierzyć, że załatwiają za nas trudną decyzję.

Na koniec wróćmy jeszcze raz do Anny.

Dla niej ta historia nie kończy się na wykresach ani procentach. Kończy się decyzją o tym, gdzie jej dziecko spędzi najbliższe lata. I być może czymś jeszcze ważniejszym: spokojem w głowie.

Anna nie musi wybierać szkoły wyłącznie na podstawie wyników egzaminów. Może je sprawdzić, ale nie musi traktować ich jak wyroku. Może zobaczyć szkołę, porozmawiać z ludźmi, poczuć, czy to miejsce jest „dla nich”. I zaufać sobie.

Bo niezależnie od tego, do jakiej szkoły trafi jej syn, nie pójdzie tam sam. Pójdzie z tym, co dostaje w domu: z poczuciem, że ktoś jest obok, że może zapytać, że nie musi być najlepszy, żeby być wystarczająco dobry.

Szkoła jest ważna. Ale jeszcze ważniejsze jest to, że Ania jest dobrą matką. A dziecko, które ma wsparcie, poradzi sobie. Nawet jeśli wybór szkoły nie okaże się perfekcyjny.

[Koniec artykułu]

Czym ta opowieść różni się od klasycznej analizy?

Opracowanie Piotra to rzetelna analiza danych i ich wizualizacja. Pokazuje zależności, korelacje i rozkłady wyników w sposób precyzyjny i poprawny metodologicznie. Dla odbiorcy obeznanego z analizą danych to bardzo wartościowy materiał.

ALE dla przeciętnego czytelnika jest jednak trudne w odbiorze. Zawiera dużo wykresów, pojęć i wątków, które wymagają skupienia i kompetencji analitycznych. Odbiorca widzi dane, ale niekoniecznie wie, co z nich wynika dla niego.

Data storytelling nie zastępuje analizy. On ją przekłada na język odbiorcy.

W tej wersji:

  • punkt wyjścia stanowi konkretny odbiorca – dlatego dodałem rodzica, który stoi przed realną decyzją,
  • dane są selektywne – pojawiają się tylko te wykresy, które przesuwają historię do przodu,
  • opowieść odpowiada na pytanie „so what?” – po co ta informacja i co ona zmienia w myśleniu odbiorcy,
  • zamiast wielu wniosków jest jeden główny insight, który porządkuje całość,
  • narracja prowadzi od intuicji, przez zaskoczenie, do zrozumienia, zamiast od razu konfrontować czytelnika z wynikami.

Efekt jest inny. Odbiorca nie tylko widzi dane, ale rozumie ich sens w swoim kontekście. Nie musi sam domyślać się, co one znaczą. Nie musi być analitykiem.

I właśnie na tym polega różnica: klasyczna analiza to identyfikacja, a data storytelling to opowieść o tym co to dla mnie znaczy i co z tym zrobić.

Przegląd prywatności

Ta strona korzysta z ciasteczek, aby zapewnić Ci najlepszą możliwą obsługę. Informacje o ciasteczkach są przechowywane w przeglądarce i wykonują funkcje takie jak rozpoznawanie Cię po powrocie na naszą stronę internetową i pomaganie naszemu zespołowi w zrozumieniu, które sekcje witryny są dla Ciebie najbardziej interesujące i przydatne.